top

Logowanie

Wesprzyj Bajkownię

     Twórz z nami Bajkownię!

Kto jest Online

Odwiedza nas 307 gości oraz 0 użytkowników.

Przyjaciele Bajkowni


wiersze i wierszowane bajki dla dzieci i dla dorosłych


Bogdan Dmowski czyta wiersze i wierszowane bajki dla dzieci i dla dorosłych


bajkowy podcast okladka


bajki dla dzieci


zloty jez



TataMariusz 200x200

© Copyright by Bajkownia.org - Fabryka Bajek, Powered by Joomla! Valid XHTML and CSS.
Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Bajka dla dzieci - Opowieści z Wielkiego Lasu II - Spotkanie cz.1

 

SPOTKANIE

Rozdział 1.

Najpierw pojawiło się odrętwienie, potem uczucie szturchania w bok. Coś uderzyło go w policzek raz i drugi. Odetchnął głęboko. Otwarcie oczu przyprawiło o lekki ból głowy. Wszystko wydawało się rozmyte.

Kilkakrotnie zacisnął powieki i czekał, aż obraz nabierze ostrości. Czuł coś lepkiego zaschniętego na policzku. Leżał na plecach, był mokry. Poprzez gęstą koronę drzew dostrzegł przebijające promienie słoneczne.

Jest dzień – pomyślał. Podniesienie głowy rozhuśtało cały las i przyprawiło o lekkie mdłości, więc pozwolił jej ponownie opaść na kamienisty brzeg rzeki.

- Masz sporego guza i rozcięcie. Oszczędzaj siły. Wyciągnę ci nogi z wody. Jesteś daleko od domu paniczu.

Zmiana pozycji sprawiła, że wyczuł większy kamień z lewej strony głowy i wsparł ją na nim. Świat nie wirował już tak mocno i mógł dostrzec nieznajomego przy nim, a raczej nieznajomą, bo była to kobieta. Chwilę zajęło mu upewnienie się, czy aby na pewno. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że głos, który go ocucił, był zbyt delikatny na mężczyznę. Jednak był zupełnie inny od głosów młodych szlachcianek,z którymi zwykle miał do czynienia na dworze ojca. Nie było w nim maniery, kokieterii, nie przypominał szczebiotania rozbawionych młodych dam. Pomimo swej delikatności był w jakiś sposób silny i stanowczy.

Kobieta była młoda. W jego wieku lub troszkę młodsza, ale trudno było ocenić, gdyż nie tylko jej mowa znacząco odbiegała od znanych mu rówieśniczek. Płomienisto ruda burza loków, piegowaty nos i czarne jak węgielki oczy były spotykane, choć rzadko. Nietypowy był makijaż, bo stanowił kilka pręg na policzkach i czole o różnych odcieniach zieleni. Reszta też odbiegała od normy. Zamiast eleganckich przystrojonych kokardkami pantofelków lub przynajmniej solidnych damskich butów jeździeckich nogi od stóp aż pod kolana obute były w pozszywane z grubych skór i owinięte rzemieniami… coś, bo kozakami trudno było to nazwać. Ciemnozielone spodnie nie zdradzały kroju, podobnie i kamizelka, której obecności młodzieniec domyślał się po widocznych rękawach, gdyż postać niemalże cała była okryta dość dobrze przylegającym listowiem. Młodzieniec przyglądając się uważniej dostrzegł, że to coś w rodzaju sieci przeplecionej liśćmi, mchem i wyposażone w kaptur tejże samej barwy i konstrukcji. Był przekonany, że gdyby postać zrobiła kilka kroków w las, mógłby stracić ją z oczu. Znad prawego ramienia sterczały czarne brzechwy strzał. Lewe przedramię opinała skórzana osłona, a w dłoni nieznajoma dzierżyła łuk. Rzadko spotykany, refleksyjny i według oceny młodzieńca wykonany przynajmniej z dwóch gatunków drewna. Na cięciwie wsparta była strzała dociśnięta kciukiem po przeciwnej stronie łęczyska. Inaczej niż go uczono.

- Panicz nigdy kobiety nie widział, że takiego wytrzeszczu dostał, czy to może skutek uderzenia w głowę? – spytała stanowczo nieznajoma.

- Proszę o wybaczenie. Faktycznie nie wypada osobie mego stanu tak przypatrywać się nieznajomej damie – odparł nieco zmieszany młodzieniec, starając się ignorować dudnienie w głowie, o jakie przyprawiło go mówienie.

- Pozwoli pani, że się przedstawię. Jestem Karol Komes drugi, syn Hrabiego Gustawa Komesa i dziedzic gminy Grodziejowo. Proszę o wybaczenie, że nie zaszczycę pani zwyczajowym ukłonem, ale czuję się nieco niedysponowany.

Karol jak każdy przyszły hrabia był dobrze zaznajomiony z etykietą i uczony od najmłodszych lat, że niezależnie od sytuacji należy zachowywać się jak na osobę wysokiego stanu przystało. Tak więc pomimo nie najlepszych okoliczności i fatalnego samopoczucia brzmiał tak, jak gdyby byli na sali balowej w trakcie uroczystego bankietu a nie w środku dziczy.

- Sofia pierwsza, córka swego ojca i dziedziczka niczego – odparła kobieta, próbując nadać swej wypowiedzi równie dumny ton co jej rozmówca.

- Czy dama próbuje ze mnie drwić? – rzekł lekko zdenerwowany Karol.

- Nie wiem, o jaką damę paniczowi chodzi. Nie widujemy tu takich.

- Vérité. épouvantail Tôt – wypalił szybko młodzieniec.

- Trempé, sale dans le faisan de boue – odpowiedziała Sofia bez okazywania emocji.

Karol poczuł się zawstydzony. Nie był do końca pewien czy to z powodu tego, że poniosły go nerwy, zapomniał o dobrym wychowaniu i jedyną osobę, która może mu teraz udzielić pomocy, nazwał strachem na wróble, czy też dlatego, że ów strach w środku wielkiej dziczy bezbłędnie po francusku nazwał go przemoczonym utaplanym w błocie bażantem. Nie wiedział, czy ma przeprosić, czy żądać przeprosin. Postanowił więc milczeć. Chwile mierzyli się wzrokiem, a krótką niezręczną ciszę zdecydowała się przerwać Sofia.

- Skoro wymieniliśmy już uprzejmości, proponuję zająć się twoimi ranami i przemoczonym ubraniem. Jest niedługo po południu, póki co ciepło, ale noce przynoszą już zapowiedź jesieni.

Dopiero teraz dotarło do Karola, że robi mu się zimno.

- Tak, oczywiście, dziękuję, że zechcesz… .

Kolejne słowo uwięzło w gardle. Młodzieniec poczuł, jak jego ciałem wstrząsa dreszcz przerażenia, gdyż zza rozmówczyni wyłaniał się wielki biały wilk.

Odrętwienie ustąpiło od razu. Karol poderwał się na nogi i wyszarpując pistolet z przewieszonego przez pierś pasa. Krzyknął - Uważaj! Wysiłek ten kosztował go kolejny atak bólu głowy, jednak zdołał wymierzyć w wilka, odciągnął kurek i strzelił. Niestety zamiast oczekiwanego wybuchu, szarpnięcia w dłoni i chmury dymu, pistolet wydał z siebie tylko głuche „pac”.

- Panicz taki światowy, a nie wie, że zamokły proch nie pali się.

Karol zdążył zauważyć, że Sofia nie mówi do niego, lecz do wilka stojącego obok niej, po czym świat zawirował i młodzieniec zemdlał.

Odzyskawszy przytomność zorientował się, że nie leży już na brzegu rzeki, ale musi być gdzieś blisko, gdyż nadal słyszał jej szum. Po jego prawej stronie znajdowała się niewielka ściana ze skały. Nadal było widno. Leżał owinięty grubym plecionym kocem, a jego wierzchnia warstwa ubrań suszyła się przy niewielkim ognisku, nad którym na prowizorycznym stojaku wisiał garnuszek. Czuł, że na głowie ma opatrunek, który pachniał dość dziwnie. Sofia siedziała obok ogniska i rozgniatała coś kawałkiem drewka w głębokiej miseczce.

Karol przypomniał sobie wilka, ale zważywszy na okoliczności, czyli to, że solidnie dostał po głowie i to, że nadal jest w jednym kawałku, zaczął powątpiewać, czy cała sytuacja nie była przywidzeniem, spowodowanym urazem głowy.

Kobieta, widząc, że nie śpi, podeszła do niego, delikatnie podniosła głowę i podsunęła miseczkę do ust. Płyn był gęsty i co wydało mu się dziwne, nawet smaczny. Wypił wszystko, nie pytając, jednak mimowolnie pytało jego spojrzenie.

- Będziesz spał. Długo. W ten sposób oszczędzisz siły. Liście młodej pokrzywy, owoce leśne i reszta z pewnością nieznana w Grodziejowie ani innych osadach ludzkich. Bardzo przyspieszy powrót do zdrowia.

Wyjaśniwszy to, wróciła do ogniska i wygrzebała kijem bulwy, nałożyła do miski i podała Karolowi.

- Jedz, to topinambur. Przypomina ziemniaka.

Karol posłuchał. Sofia usiadła obok i też oddała się jedzeniu. Młodzieniec zwrócił uwagę, że jego wybawczyni nie ma już pomazanej twarzy i przyznał w duchu, że według wszystkich standardów jest ładna.

Nie mając nic lepszego do roboty podczas zajadania się bulwami, postanowił jednak zadać nurtujące go pytanie.

- Wilk?

- Poszedł. - Odpowiadając, podała mu kolejną bulwę.

Karol poczuł się zbity z tropu. Dziwna młoda kobieta w środku wielkiego boru wydała się jeszcze dziwniejsza, kiedy mówiła beztrosko o wielkiej białej bestii jak o jakimś szczeniaczku, który po prostu sobie poszedł. Postanowił jednak już o nic nie pytać, dlatego że uznał, iż jego rozmówczyni nie ma ochoty poruszać tego tematu. Drugim powodem było to, że coraz silniej czuł działanie wywaru z młodej pokrzywy, owoców leśnych i całej reszty składników, które z pewnością nie są znane w Grodziejowie ani innych osadach ludzkich.

Zamknął oczy i pozwolił, aby ogarniała go senność.

Kiedy się przebudził, było już ciemno. Nie było to nawet pełne wybudzenie. Nadal był pod wpływem leczniczych ziół. Obraz rozmywał się i Karol czuł, że powieki ma bardzo ciężkie. Postanowił nie walczyć z ich ciężarem.

Usłyszał jak Sofia z kimś rozmawia. Wiedział, że i tak ich nie dostrzeże, ale starał się pochwycić jak najwięcej z tego co mówią.

- Złapałem trop na wiszącym moście. Hrabia i jeszcze ktoś. Nie podążyłem nim, bo nie zdążyłbym wrócić z zapasami – głos należał do mężczyzny.

- Masz wszystko? – pytała Sofia

- Tak na rano będzie gotowe. Nie wiemy, kto to jest, więc ostrożność nie zaszkodzi. Zgaś ognisko. Lepiej dmuchać na zimne. Ja będę w pobliżu.

Chwile później usłyszał syk zalewanego ogniska, a następnie poczuł, że ktoś odsuwa koc i kładzie się obok niego. Dobre wychowanie kazało mu protestować, powiedzieć, że nie godzi się, aby obca młoda dama spała tak blisko kawalera, ale szybko uświadomił sobie absurd takiego protestu. Byli w lesie, prawdopodobnie koc był jeden, noc robiła się zimna. We dwoje będzie cieplej. Postanowił udawać, że śpi. Dziewczyna przysunęła się do niego. Pachniała lasem. Kilka chwil później oboje już spali.

 

Rozdział 2

 

Noc była gwieździsta, a księżyc zbliżał się ku pełni, ale znajdowali się głęboko w borze, gdzie drzewa były wysokie i o potężnych koronach gęstych od liści o tej porze roku. Dlatego po zgaszeniu ogniska obozowisko zalała niemalże nieprzenikniona ciemność. Zwykły człowiek nie byłby w stanie sprawnie przemieszczać się bez pochodni, ale Mikołaj nie był zwykłym człowiekiem. Nie był nim już od dwunastu lat. Od czasu, kiedy stracił ojca i brata za sprawą knowań chciwego barona. Wtedy to trafił na starego i władającego potężną mocą druida Walidara oraz opiekuna lasu Malavona, którego błędnie uznał za wilka. Tak samo jak dziś przyszły hrabia Karol za wilka uznał jego. Mikołaj został Opiekunem Lasu, strażnikiem przyrody. Człowiekiem obdarzonym magicznymi właściwościami, który za sprawą magicznego futra potrafił przeistoczyć się w potężnego białego wilka, zachowując nadal swój ludzki umysł. Być może jest już ostatnim opiekunem, bo pomysłowość ludzi w niszczeniu przyrody podyktowana ich chciwością przybierała na sile. Zdawał sobie sprawę, że sam przeciw wszystkim nie zdziała wiele, zresztą nie chciał uciekać się do rozwiązań siłowych. Może jeszcze się opamiętają – pomyślał. Póki co niepotrzebnie kreślę czarne scenariusze. Sięgnął umysłem do magii futra i jego oczom ukazały się kontury drzew. Nadal było ciemno, ale dalekie to było od głębokiej czerni, jaką widziałby zwykły człowiek.

Dwanaście lat spędził z siostrą w dziczy, ale nie zdziczał. Nie pozwolił też na to Sofii. Zanim zamieszkał w lesie, odebrał dobrą edukację i zaznał życia w społeczeństwie ludzkim. Sofia miała trzy lata, kiedy zamieszkali w borze. Zbyt mało, aby dobrze pamiętać zwykłe ludzkie życie. Mikołaj był nie tylko jej bratem, ale na długo musiał zastąpić ojca. Chata, którą pozostawił druid, miała bardzo bogaty księgozbiór i dzięki temu mógł uczyć siostrę. Przemiana w Opiekuna Lasu miała tę zaletę, że jego umysł stał się bardziej chłonny. Szybciej analizował, więcej zapamiętywał, chłonął wiedzę jak gąbka i wcześnie zaczął przekazywać ją siostrze, która do nauki była bardzo chętna. Wieczory spędzali na czytaniu opowiadań, rozmowach po francusku i układaniu zagadek matematycznych. Był pewien, że siostra posiada znacznie większą wiedzę od rówieśniczek mieszkających we wsiach, a być może i niejednej szlachcianki. Byli nawet zaznajomieni z obecną sytuacją ekonomiczno - polityczną. Nowości o świecie poza głuszą dostarczali podróżni prowadzący wieczorne dysputy podczas obozowania na szlakach handlowych wytyczonych w obrzeżnych częściach lasu. Zupełnie nieświadomi tego, że w gęstwinie, poza światłem ogniska, słucha wielki biały wilk.

Jednak wiedza nie zawsze wystarcza - pomyślał. Sofia wiedziała wszystko o ludzkim życiu z książek i jego wspomnień, jednak, czy wiedziała, co to być człowiekiem? Wracali z corocznej wyprawy do Wielkiego Dębu, najstarszego drzewa w borze, drzewa o magicznych właściwościach. Starszego niż wszystkie osady ludzi przyległe do granic wielkiego lasu. Wtedy natknęli się na rannego panicza. Dzień pieszej wędrówki od domu. Wędrówki pod postacią człowieka.

Wilczy węch i wzrok, którymi dysponował, nawet bez przemiany upewniły go, że Karol jest sam, ale wmówił Sofii, że chce sprawdzić, czy nie ma w pobliżu zagrożenia i wysłał ją z pomocą, a sam począł nasłuchiwać. Zachowanie siostry napełniło go obawą. Wprawdzie zadbała o rany i wygodę nieznajomego, ale miał wrażenie, że pomaga, bo wie, że tak należy, jednak nie do końca czuje to. Karol pomimo dość dziarskiej postawy był wystraszony. Słaby i ranny, zagubiony w nieznanej mu części lasu. Jednak Sofii albo to nie obchodziło, albo nie potrafiła tego dostrzec. Zajęła się rannym, ale nie próbowała dodać mu otuchy i wcześniej była opryskliwa.

Pamięta, jak w wieku sześciu lat płakała na widok rannego jelonka. Przez kolejnych kilka dni nie odstępowała go na krok. Opiekowała się do pełnego wyzdrowienia. Jest wyśmienitą łuczniczką, ale nie posłała nigdy strzały w inne zwierzę niż wściekłe, takie, które zagraża innym i samo miałoby zginąć od choroby. Poza rybami nie spożywają innego mięsa. Las dostarcza wielu wartościowych przysmaków, a oni szybko nauczyli się, jak korzystać z jego dobrodziejstw i robić zapasy na srogie zimy. Sofia powtarza, że dzikie zwierzęta najlepiej wyglądają w dziczy a nie na talerzu. Niestety to współczucie chyba nie przekładało się na ludzi. Nie zna tego życia i nie zna ludzi. Mikołaj zastanawiał się też, czy nie jest w tym trochę jego winy. Poza nowinami od kupców opowiadał siostrze o kłusownikach, jakich spotykał i ich brutalnym postępowaniu względem zwierząt. Wątpliwości pojawiły się ubiegłej wiosny, kiedy to udali się na skraj lasu sprawdzić, czy drwale sadzą drzewa po jesiennej wycince. Na polanie pod lasem, ujrzeli psa uwiązanego na linie do wbitego głęboko w ziemię pala oraz dwóch mężczyzn z pałkami, którzy próbowali w niego trafić. Mikołaj w ostatniej chwili przechwycił cięciwę, zanim nadała pęd strzale, którą Sofia skierowała w jednego z oprawców. Kazał jej się schować, a sam wyszedł do mężczyzn. Jak się okazało, robili to dla zabawy i dlatego, że pies za dużo szczekał. Nic sobie też nie robili z grzecznych próśb Mikołaja, aby oddali po prostu psa skoro im wadzi. Mikołaj za to usłyszał, że, jeśli będzie się wtrącał, to pokażą mu, jak się garbuje skórę na takim obdartusie. Widząc, że dobrym słowem nic nie wskóra, wtrącił się. Siła, refleks i odporność Opiekuna Lasu nie zawiodły tam, gdzie poległa dyplomacja. Sofia ukryta w gęstwinie pokładała się ze śmiechu, widząc, jak dwaj dorośli mężczyźni płaczą, trzymając się za tylne części ciała i klną na wszystkie świętości, na zdrowie własne i swych matek, że już nigdy, przenigdy nie dokuczą żadnemu stworzeniu. Chętnie też zaoferowali psa jako zapłatę za udzieloną im lekcję empatii względem zwierząt. I takim to sposobem w życiu Mikołaja i Sofii pojawił się „Łatek”.

 Mężczyzna otrząsnął się z zadumy, gdyż dotarł na wzniesienie, z którego jeszcze raz chciał spróbować złapać trop. Korony drzew falowały od podmuchów wiatru i słuchać było trzeszczenie gałęzi. Noc jak większość nocy późnego lata w głębszych partiach Wielkiego Lasu – pomyślał Mikołaj.

Na górze wietrznie a w dole spokojniej, podmuchy znacznie słabsze. Szkoda tylko, że w złym kierunku.

Mężczyzna wzmocnił mentalną więź z futrem i rozpoczęła się przemiana.

Wilczy pysk zaczął pochłaniać ludzką głowę, a futro rozprzestrzeniało się po całym ciele. Mikołaj padł na kolana i na jego oczach dłonie przeistoczyły się w łapy. Cały proces trwał nie więcej niż siedem uderzeń serca i w miejscu młodego mężczyzny stał wielki biały wilk.

Jestem w tym całkiem dobry – pomyślał. Kiedyś trwało to dwa razy dłużej. Prawda to, że trening czyni mistrza.

Wilk podniósł łeb i nadstawił nozdrza, ale i tym razem nie poczuł nic poza zapachem lasu. Nocny wiatr niósł już zapowiedź jesieni, choć dni nadal były ciepłe.

Był zaniepokojony, gdyż zapach drugiej istoty umykał mu już na moście, znacznie mniej intensywny od dobrze wyczuwalnego zapachu Karola i co niepokoiło najbardziej, zupełnie obcy. Nie był to zapach człowieka ani żadnego mieszkańca lasu. Nie mogąc rozszyfrować tej zagadki, postanowił skupić się na bieżących problemach. Był już zmęczony. Pod postacią wilka przebył drogę od obozowiska do domu i z powrotem, skąd przytaszczył zawiniętą starą skórę, rzemienie i lecznicze zioła. Postanowił jeszcze raz sprawdzić okolicę obozowiska i przespać się w pobliżu, a wcześnie rano zabrać za konstruowanie noszy.

Rozdział 3

Karol, jeszcze zanim otworzył oczy, zrozumiał, że się przemieszcza, pomimo tego że nadal leży. Poranną porcję topinamburu i ryby popił wywarem Sofii i znów zapadł w sen. Pamiętał tylko szybkie przygotowanie do wymarszu i nic poza tym. Powoli otworzył oczy, oczekując kolejnego ataku bólu głowy, ale nic takiego się nie stało. Znów był dzień. Przemieścił wzrok w kierunku stóp i wzdrygnął się mocno, wydając jednocześnie z siebie pełne zdziwienia „och!” na widok dużej rogatej głowy. Rogata głowa cofnęła się, rycząc i Karol poczuł, jak jego nogi lecą ku górze, po czym ponownie opadają. Stanęli. Nerwowo rozglądając się na boki, zobaczył, że leży na noszach skonstruowanych z dwóch żerdzi połączonych skórą. Nosze za pomocą uprzęży były przymocowane do dwóch jeleni. Jednego miał przy nogach a drugiego za głową.

- No i co narobiłeś? Nie strasz Puszka! – skarcił go znajomy kobiecy głos.

- Pusz co? – spytał jeszcze skołowany panicz.

- Puszka! Przecież mówię, masz coś ze słuchem? – Sofia, mówiąc, przytuliła się do jelenia i głaskała go po szyi.

- Ale to jest jeleń – z wyciągniętą w stronę rogatej głowy ręką protestował Karol.

- Taaakk? – zapytała Sofia, wybałuszając oczy i rozdziawiając buzię dla podkreślenia wagi jej zdziwienia.

- No tak – odparł Karol głosem spokojnym, ściszonym i pozbawionym pewności.

Triumfalny uśmiech, który przyozdobił twarz dziewczyny, uświadomił Karolowi, że właśnie dał się w tej dyspucie wpuścić w przysłowiowe maliny.

- Powiedz, co go zdradziło? Jelenie poroże? Jelenia głowa? Jelenie racice czy umaszczenie? – dziewczyna pytaniu nadała poważny ton, niczym guwernantka.

Czy jestem tak złym człowiekiem, że los mnie każe i na wybawczynie zesłał mi te złośliwe dziewczę? Jakiego grzechy się dopuściłem, że tak muszę cierpieć? – pomyślał Karol, po czym wypalił burkliwym tonem:

- Co to za imię dla jelenia? Puszek? I kto w ogóle nadaje jeleniom imiona?

- Bardzo ładne imię. Ja je nadałam.

- Przecież to imię kota lub psa - protestował młodzieniec.

- Nie mogłam psa nazwać Puszek.

- A to niby dlaczego?

- Bo pies to Łatek – odparła Sofia i wyszczerzyła białe zęby w uśmiechu.

 

- Skończyliście już? – głos był lekko znużony, ale miał przyjazny ton. Karol rozpoznał go od razu. To ten sam męski głos, który słyszał wczorajszej nocy przy ognisku.

Odwrócił głowę i zobaczył, jak zza pierwszego jelenia wyłania się mężczyzna wydawałoby się, że niewiele starszy od Karola.

Mężczyzna miał zarzuconą na ramiona białą wilczą skórę, która nie okrywała go dostatecznie, dzięki czemu wyraźnie było widać, że jego atletycznej budowy ciało nawykłe jest do dużego wysiłku. Na biodrach miał krótkie, poszarpane, sięgające kolan spodnie, a buty były większą kopią tych, które nosiła Sofia.

- Proszę o wybaczenie – rzekł dziwny mężczyzna. – Nie miewamy często gości, a już zdecydowanie o takiej pozycji.

- Pffff… Też mi pozycja. Leżąca – burknęła pod nosem Sofia. Chciała dodać jeszcze parę uszczypliwych komentarzy, ale Mikołaj szybko uciszył ją spojrzeniem.

- Jak już wspomniałem – kontynuował mężczyzna – bardzo rzadko miewany gości. Moja siostra nie chciała być niemiła.

Przyszły hrabia dostrzegł, że faktycznie pomiędzy Sofią i mężczyzną jest podobieństwo.

- Mam na imię Mikołaj a pan, jak już mi wiadomo, to Karol Komes.

- Wystarczy Karol – odparł panicz.

- Dobrze – rzekł Mikołaj. – Czy wolno mi spytać, jak doszło do tego, że jesteś ranny?

- Podczas przejażdżki za bardzo oddałem się rozmyślaniom i zboczyłem ze szlaku. Kiedy przeprawiałem się przez most, koń spłoszył się i wpadłem do rzeki.

- Widziałeś, co spłoszyło konia?

- Nie. Wszystko działo się szybko.

Dla Mikołaja było oczywiste, że Karol kłamał. Kiedy mówił, że nie widział, co spłoszyło konia, jego serce biło dwa razy szybciej i na chwilę przyspieszył oddech. Sięgnął głęboko do magii futra i jego słuch zarejestrował to od razu, ale Mikołaj postanowił nie mówić, że wie o kłamstwie. Nie wiedział, dlaczego Karol nie chce powiedzieć prawdy, podejrzewał, że panicz czegoś bardzo się przestraszył i póki co postanowił nie wypytywać go.

Zamiast tego zaproponował, aby ruszyli w dalszą drogę, żeby zdążyć do celu przed zmierzchem. Podczas wędrówki zasugerował, że ktoś już z pewnością rozpoczął poszukiwania, ale Karol twierdził, że przez najbliższe cztery dni nikt się jego losem nie zaniepokoi, gdyż panicz czasem jeździł na kilka dni w odwiedziny do ciotecznego brata będącego jego rówieśnikiem. Minie więc trochę czasu, zanim rodzice dowiedzą się, że zaginął. Na ziemiach ojca ludziom wiedzie się dobrze, nie ma bandytów, jego ród nie ma w okolicy wrogów i nikt nie będzie robił afery z kilkudniowej nieobecności przyszłego hrabiego. Zwłaszcza że Karol z końcem jesieni będzie liczył sobie siedemnaście wiosen, więc jest już prawie dorosłym mężczyzną, dobrym strzelcem i jeszcze lepszym szermierzem. Tak więc potrafi o siebie zadbać.

Szlachcic dowiedział się, że rodzeństwo nie ma rodziców, zamieszkuje las od dawna i nie planują w najbliższym czasie przeprowadzać się. Sofia ma imię po prababce, która była cudzoziemką i regionalny odpowiednik to Zofia lub zdrobniale Zosia. Nie chcieli jednak dokładniej opowiadać o swoim rodowodzie i okolicznościach zamieszkania w lesie. Zamiast tego dziewczyna opowiadała o florze lasu. Co jakiś czas oddalała się, by po chwili wracać z grzybami, owocami, bulwami, a nawet korą drzewną, tłumacząc, które są jadalne, które nie i jak należy je przyrządzić. Karol uznał, że dziewczyna potrafi być miła, jeśli tego chce.

Dotarli tuż po zmierzchu. Karol nie pozwolił, aby go wniesiono. Czuł się już na tyle dobrze, że próg domu przekroczył na własnych nogach, pomiędzy którymi przemknęło coś czarnego i szczekającego, co rzuciło się wprost w oczekujące ramiona Sofii. Lewe oko psa okalał pierścień białej sierści, cała reszta była czarna. Kundel młócił ogonem powietrze oszalały ze szczęścia na widok swojej pani.

- No tak, teraz to ma sens. Puszek by do niego nie pasowało – pomyślał Karol i po raz pierwszy od spotkania zaśmiał się w duchu.

Z chwilą gdy wszedł, w wielkim kominku na przeciwległej ścianie zapłonął ogień. Szlachcic postanowił nie okazywać zdziwienia. Czuł, że jeszcze niejedno może go zaskoczyć w towarzystwie tego niezwykłego rodzeństwa. Pomieszczenie było duże. Poza wcześniej wspomnianym kominkiem na przeciwległej ścianie po obu jego stronach były drzwi. Jedne, jak się później przekonał, prowadziły do łaźni, a drugie w głąb do piwnicy, która rozciągała się pod całym domem. Piwnica pełniła rolę spichlerza. Po obu stronach drzwi wejściowych były okna, z których rozpościerał się widok na ganek i wąską ledwie widoczną ścieżkę prowadzącą do domu. Prawie cała lewa ściana od wejścia pełna była książek. Na środku izby stał solidny dębowy stół z dwiema parami krzeseł, a pod prawą ścianą dwa łóżka i duża szafa. Pomiędzy łóżkami było okno.

Sofia, nie zwracając uwagi na gościa, chwyciła wiadro i zniknęła za drzwiami prowadzącymi do łaźni.

Karol postanowił uważniej przyjrzeć się księgom. Niektóre wyglądały na bardzo stare, oprawione w grubą skórę, a tytuły na grzbietach były napisane pięknym odręcznym pismem. Druk wynaleziono dobre dwa wieki temu i nikt już nie pisał ksiąg odręcznie. Księgozbiór był wyjątkowy, o wielu książkach Karol nigdy nie słyszał i powątpiewał, czy były w zasobach jakiejkolwiek uczelnianej biblioteki. Wzrok młodzieńca zatrzymał się dłużej na jednym tytule.

„Serce Wielkiego Lasu”. Kiedy otworzył książkę, na pierwszej stronie poza tytułem widniał przypis „Autor Rexi Rapatori, pierwsze tłumaczenie na ojczysty Jaromir Dębokij. Niech pokój przyświeca naszym rasom.”

Karol przełożył kartkę.

Wiadomym jest, że wszystkie stworzenia, zmienno, czy stałocieplne, rozumne, czy dzikie, mają serce. Jednak czy serce zawsze jest narządem tłoczącym życiodajny płyn? Przyjmując takie założenie, łatwo stracić prawdę z oczu. Tak samo jak życie przybiera różne formy tak różne mogą być serca. Stałocieplni, którzy jeszcze niedawno mieszkali w jaskiniach, za żywe mają tylko to, co krwawi. Tymczasem żywy organizm przybiera formy różnorakie. Drzewo Wielkiego Lasu jest żywą częścią całego boru, tak jak paznokieć jest częścią ciała. Rośnie i obumiera. Drzewa, ściółka, żyły wodne i energetyczne, łączą się w jeden żyjący byt - Wielki Las, a jako napisałem na wstępie. Każdy żywy organizm ma serce. Sercem wielkiego lasu jest..

Karol zatrzasnął książkę, gdyż poczuł się niezręcznie w obecności wchodzącego Mikołaja, który najwidoczniej skończył odpinanie noszy od jeleni.

- Nie krępuj się, nie ma tu zbyt wiele rozrywki - rzekł Mikołaj – książka to najlepsze lekarstwo na nudę. Tej akurat jeszcze nie miałem w ręku, bo na nudę nie narzekam.

Karol, mimo wszystko nieco zmieszany, odłożył książkę na miejsce. Wydało mu się bardzo nietaktowne grzebać w rzeczach gospodarza.

- Widzę, że czujesz się dużo lepiej – kontynuował Mikołaj, gestem zapraszając Karola, aby siadł z nim przy stole.

- Tak to prawda. Nadal nie czuję się w pełni sił, ale wywary twojej siostry zdziałały cuda. Jeszcze wczoraj cały świat wirował i miałem wrażenie, że głowa pęknie na pół jeśli tylko stanę na nogi. Dziś już nie boli.

- To dobrze – odparł Mikołaj. – Pomogę Sofii przygotować kąpiel, a potem coś zjemy.

Łaźnia nie była wielka. Na środku na podwyższeniu stała duża balia zatkana od zewnątrz blisko dna korkiem, pod którym stało wiadro. Karol wydedukował, że po kąpieli, odkorkowuje się balię i wiadrami wynosi wodę na zewnątrz. Temu też zapewne służyły drugie drzwi, aby nie nosić wody przez całą izbę. Kominek od strony łaźni miał płaski podest z wmurowaną kratką, przez którą ogień ogrzewał garnki z wodą. Karol zanurzony po pachy dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak bardzo brakowało mu ciepłej kąpieli. Miał chwilę dla siebie i jego myśli uleciały ku rodzicom. Nie chciał tego okazywać przed nowymi znajomymi, ale martwił się o to, czy zdąży wrócić, zanim dowiedzą się, że zaginął. Jego wyjazd do brata był tak naprawdę pretekstem, aby pobyć samemu, dlatego zapuścił się w las. Postanowił jechać starym dawno nieuczęszczanym szlakiem, aby wydłużyć podróż i cieszyć się samotnością. Niestety przecenił swoje możliwości i zgubił się. Kiedy dotarł na wiszący most, zrozumiał, że jest nad dziką nieuczęszczaną odnogą rzeki. Postanowił wędrować w górę nurtu, aż dotrze do rozgałęzienia a potem pierwszej osady flisaków. Zimny dreszcz przeszył jego ciało na wspomnienie tego, co spotkał na moście i poczuł, jak pomimo gorącej wody, włosy sztywnieją mu na karku. Potwór wprost z opowieści bajarzy. Wydało mu się to tak nierealne, że skłamał zapytany przez Mikołaja o przyczynę upadku. Nie wiedział, jak by miał to sensownie wytłumaczyć. Kąpiel i związana z nim chwila spokoju oraz pierwszy raz od dwóch dni naprawdę przytomny umysł sprawiały, że powoli układał sobie ostatnie wydarzenia w całość. Teorie, które obecnie snuł, kilka dni temu wydałyby mu się zupełnie niedorzeczne, ale nie teraz, nie po tym co widział. Postanowił, że przy kolacji da upust swojej ciekawości.

Mikołaj nie pozwolił aby gość wylewał wodę, zwłaszcza że nie był jeszcze w pełni sił. Karol zdziwił się nico, widząc, że i on ma mokre włosy. Widząc to, Mikołaj wyjaśnił, że latem woli wylać na siebie kilka wiader wody ze studni niż siedzieć w balii. Sofia nie podzielała upodobania brata i skorzystała z łaźni, a oczekujący jej mężczyźni rozmawiali trochę o sztuce, trochę o polityce.

Panicz zastanawiał się, jak to możliwe, że człowiek z głębi lasu całkiem nieźle orientuje się we współczesnych trendach, ale nie pytał o to.

Ciepła kolacja, którą przygotowało rodzeństwo była pyszna, choć Karol nie miał pojęcia, co spożywa. Kiedy już wszyscy się najedli, panicz postanowił sprawdzić, czy jego kąpielowe teorie były bliskie prawdy.

- Dziękuję wam za ratunek i gościnę – zaczął przyszły hrabia. – Niestety na obecną chwilę nie mogę wyrazić swej wdzięczności w sposób inny niż racząc opowieścią mającą swój początek kilkanaście lat temu, a która od wczoraj chodzi mi po głowie. Część tej historii jest prawdziwa a część zupełnie nierealna, choć nadal żyją świadkowie, którzy zaklinają się na wszelkie świętości, że nie kłamią. Może faktycznie wierzą, że coś widzieli. Co mądrzejsi twierdzą, że mogły być to halucynacje spowodowane nieświeżym jadłem, które serwowano na bankiecie. Historia ta wydarzyła się chyba dwanaście lat temu na ziemiach hrabiego Mendela obecnie będących pod opieką Wojewody Radziwiła, swoją drogą bardzo porządnego człowieka. Otóż hrabia Mendel łamał królewski zakaz, aby powiększyć swoją kiesę. Taka to już chyba wada wielu bogatych, że bogactwa zawsze jest im brak. Wszystko zapewne uszłoby mu na sucho, gdyby nie jego łowczy, którzy śmiertelnie przerażeni wyznali grzechy hrabiego niczym na spowiedzi. Wyznali nie przed byle kim, bo przed samym królem.

- Znamy tę historię – przerwał spokojnie Mikołaj.

Sofia siedziała z założonymi rękoma i wpatrywała się świdrującym wzrokiem w Karola, który musiał bardzo się starać, aby wytrzymać te spojrzenie.

- Bardzo cię boli? – spytał, przenosząc wzrok na Mikołaja.

- Nie. Przywykłem już. Magia mocno tłumi bodźce związane z przemianą. – Odpowiedź była uprzejma i okraszona szczerym uśmiechem.

- Myślałem, że będziesz próbował zaprzeczać - zdziwił się Karol.

- Dlaczego miałbym to robić?

- Może z obawy, że będę rozpowiadał, że Opiekun Lasu istnieje naprawdę i sprowadzę na was zagrożenie. Chyba że … - Karol poruszył się nerwowo. Zdał sobie sprawę, że szczerość Mikołaja może mieć inne podłoże. Mikołaj się nie boi, bo wie, że Karol nie wróci do domu. – Chyba że nie planujecie mnie wypuścić?

- Jeszcze czego! – wypaliła Sofia. – Niby czemu mielibyśmy cię tu trzymać? Puszek Cię nie lubi i stąpasz jak słoń. Wchodząc wystraszyłeś wiewiórki z ganku.

- Co słyszałeś o Opiekunie Lasu? – spytał Mikołaj, jednocześnie kładąc dłoń na ramieniu siostry, aby już nie nabijała się z gościa.

- Głównie bajdy wieśniaków i drwali, zwykłe zabobony, że pomaga zagubionym, karze kłusowników, chroni las przed chorobą.

- Jakby wyglądał wyedukowany szlachcic rozpowiadający, że w lesie wieczerzał z mężczyzną, który przemienia się w wilka? Rozpowszechnia wiejskie bajdy.

- Głupio – przyznał Korol, a po chwili milczenia dodał – i tak nie miałem zamiaru rozpowiadać.

- Skoro mamy już wieczór szczerości, to może powiesz, co cię zaatakowało? – Mikołaj postanowił wykorzystać okazję.

Karol zawahał się, ale uświadomił sobie, że mężczyzna mogący zmieniać się w wilka raczej nie będzie wyśmiewał się z tego, co za chwilę powie. Spojrzał na Mikołaja i Sofię wzrokiem pełnym powagi i powiedział:

– To był smok.

 

Dodaj bajkę

Szukaj

"Odkryj e-wolontariat"

Bajkownia.org - Fabryka Bajek nagrodzona!

Bajkownia.org -Fabryka Bajek zajęła 2 miejsce w ogólnopolskim konkursie "Odkryj e-wolontariat""

Patronat medialny

 

 190x120 anim bajk

 

Bajkownia.org - Fabryka Bajek wspiera akcję Ministerstwa Środowiska - "Pobierz aplikację na smartfona i zagraj z dzieckiem w „Posegreguj śmieci”.  Sprawdź kto z Was zostanie mistrzem w segregowaniu?"

Bajkownia.org - Fabryka Bajek dla dzieci - druga tura konkursu na najlepsze strony Internetu

 

Bajkownia.org - Fabryka Bajek dla dzieci - Złota Strona Tygodnia Wprost lipiec 2012